Aktualności:

  • 20 Maj 2022, 02:35:17

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji

Autor Wątek: 15-lecie - księga pamiątkowa.  (Przeczytany 1425 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Chalupski

  • Stały bywalec
  • ***
  • Wiadomości: 638
  • Zbierajmy monety!
    • Zbierajmy monety
  • Zainteresowania: Polskie monety obiegowe
Odp: 15-lecie - księga pamiątkowa.
« Odpowiedź #15 dnia: 03 Kwiecień 2022, 12:59:36 »
Opowiedziałem już kiedyś tę historię w jednym z felietonów, które pisałem dla e-numizmatyki.
Rzecz dotyczy pięciozłotówki Nike z 1928 roku - mocno sfatygowanego egzemplarza.
Miałem wtedy nie więcej, niż 14 - 15 lat. Jadłem sobie spokojnie obiad, a przez otwarte okno (było lato) słyszałem, że kilku nieco młodszych kolegów z podwórka oddaje się hazardowo-zręcznościowej grze na pieniądze. Polegało to na tym, że uczestnicy stawali na linii wyznaczonej w odległości kilku metrów od ściany budynku i rzucali w jej kierunku drobnymi pieniążkami. Moneta musiała odbić się od ściany i upaść blisko niej. Wygrywał zawodnik, którego moneta leżała najbliżej ściany. Zwycięzca zdobywał wszystkie monety leżące na ziemi.
Grywało się raczej drobniakami, ale po pewnych modyfikacjach reguł, dopuszczało się rzucanie innym przedmiotem monetopodobnym, np. podkładką. Trzeba tylko było wcześniej zadeklarować odpowiednią kwotę do puli. Dawało to sporą przewagę posiadaczom krążków z ołowiu - niemal przyklejały się do ściany.
Między kolejnymi łyżkami zupy usłyszałem, że do gry dołączył nowy uczestnik. Dźwięk wydany przez rzucaną przez niego monetę postawił mnie na nogi. Zdumionym rodzicom powiedziałem, że muszę na moment wyjść, zbiegłem na podwórko i sprawdziłem, czym rzuca kolega. Targi trwały parę sekund. W efekcie, towarzystwo pod oknem delektowało się krówkami ciągutkami (a może były to irysy?), a ja kończyłem obiad, jako świeżo upieczony właściciel NIKE 1928 - najcenniejszej wówczas monety w moim zbiorze. Mam ją do dziś.



Zbierajmy monety!
Jurek

zenonmoj

  • Triumwirat TPZN
  • Gaduła
  • *
  • Wiadomości: 4 092
Odp: 15-lecie - księga pamiątkowa.
« Odpowiedź #16 dnia: 03 Kwiecień 2022, 20:34:01 »
Przygody dusigrosza – czyli: dlaczego nadal lubię targi staroci.

Moja przygoda z mennictwem antycznym rozpoczęła się dość niepozornie: na pchlim targu. Wprawdzie monety starożytne fascynowały mnie „od zawsze”, ale do końca lat 1990-tych była to fascynacja czysto teoretyczna. Będąc uczniem, a później studentem uważałem, że nie stać mnie na kolekcjonowanie tego typu numizmatów. Pamiętajmy, że były to czasy „przedinternetowe” – nie było jeszcze ebay’a ani allegro, a więc potencjalny amator takich monet skazany był przeważnie na sklepy numizmatyczne, stacjonarne aukcje lub różnej maści giełdy numizmatyczne lub targi staroci. O aukcjach nawet nie myślałem, a ceny w sklepach czy na giełdach zdecydowanie mnie odstraszały... Postanowiłem więc  przynajmniej zaopatrzyć się w jakąś literaturę fachową. Zabrałem się do tego jak najbardziej poważnie. Podczas pobytu w Wielkiej Brytanii poszedłem do księgarni i skierowałem się prosto ku półce, na której stało kilka tomów z serii Coins of the Roman Empire in the British Museum. Wspaniałe! Niestety, ich cena już nie była tak wspaniała... Ostatecznie okazało się, że jedyną pozycją, na którą mogłem sobie pozwolić była cienka książeczka z wielce obiecującym tytułem: Identifying Roman Coins. A practical guide to the identification of site finds in Britain. Przeczytałem, przetrawiłem – i zniechęcony odłożyłem na półkę.

Owo zniechęcenie miało potrwać przez kilka kolejnych lat. Któregoś weekendu, krótko przed wprowadzeniem euro odwiedzałem przyjaciół we Frankfurcie nad Menem. W  sobotni poranek wybraliśmy się na przechadzkę nad rzeką. Był to akurat dzień, w którym na nadbrzeżu odbywał się pchli targ. Przechodząc, dość zdegustowany przyglądałem się kolejnym stoiskom. Ubrania, ubrania, ubrania, ozdóbki, ubrania, zdezelowana elektronika, szmaty, szmaty, szmaty – słowem: tandeta... Po kilkunastu minutach miałem dość. Nie wiem już, dlaczego zatrzymałem się akurat przy tamtym stoisku. Znudzony zacząłem gapić się na wyłożone na stoliku „różności”... I nagle, w metalowej puszce, wśród koralików, guzików, spinek do włosów i tandetnej biżuterii modowej ujrzałem niepozorny, brązowy krążek.
Wziąłem do ręki, obejrzałem...
- Ile za to? – spytałem tureckiego sprzedawcę.
- Dwadzieścia marek!
- Piętnaście!
- Ha! osiemnaście!
- Niech będzie...
Wysupłałem te osiemnaście marek z portfela i stałem się właścicielem mojej pierwszej rzymskiej monety. 
         
diocl 30.jpg15-lecie - księga pamiątkowa.

Ale jakiej? Wiedziałem tylko, że to brąz cesarza Dioklecjana, a Identyfying... nie była tu zbyt pomocna. Cóż... Po raz kolejny udałem się do księgarni – tym razem niemieckiej. Z bólem serca (i portfela) zamówiłem standardowy katalog Römische Münzen Kankelfitza, aby zidentyfikować ten mój brązik. I udało się! Akurat ten typ był nawet w katalogu zilustrowany – i nawet nie przepłaciłem...
         
kankelfitz 40.jpg15-lecie - księga pamiątkowa.

Ktoś powie: niemalże 600-stronicowy katalog, aby zidentyfikować jedną monetę? Czy to jednak nie przesada? Być może. Jednak, gdy jakiś czas później nadarzyła się okazje, by odkupić część kolekcji zmarłego znajomego, tomiszcze to okazało się jak znalazł! Wśród wielu monet Konstantyna i synów był także całkiem przyjemny as Kaliguli, akurat w „formacie” mojego pierwszego follisa. Moja druga rzymska moneta...
         
calig 30.jpg15-lecie - księga pamiątkowa.


Jaki jest morał z tej historii? Nawet dziś, w czasach internetu i aukcji online, na „pchlich targach” można czasami wypatrzyc bardzo ciekawe monety, i to często w dość dziwnych miejscach. Z premedytacją piszę „ciekawe”, bo niekonieczne cudownej urody. Trzeba tylko mieć odpowiednio wyczulony wzrok...Tu konkretne przykłady.

Z cotygodniowego targu we Wiedniu (niedaleko Naschmarkt) pochodzi ten antoninian Aureliana. Ten zakup dobrze pamiętam, bo po kwadrancie przerzucania sporego stosu nieczytelnych „zdechlaków”, obrzydiwych, bałkańskich falsyfikatów i innego badziewia, moje palce wyglądały tak, jakbym był zawodowym kominiarzem. Zresztą, także ten egzemplarz był pierwotnie pokryty grubą warstwą ziemii, brudu i innego paskudztwa.
           
aurel1 30.jpg15-lecie - księga pamiątkowa.
 
A co w niej ciekawego? Niezwykle rzadkie popiersie z mieczem na pasie i do tego „długa” legenda IMP AVRELIANVS P F AVG – kombinacja nigdzie nienotowana...

Trzykrajcarówkę cesarza Leopolda I z roku 1659 nabyłem z kolei na lokalnym targu staroci, który okazyjnie odwiedzam. Tutaj też wyjątkowe jest popiersie cesarza w starodawnej koronie Rzeszy. Dzięki temu rzadka ta moneta, bita w mennicy wrocławskiej, jest dość wyjątkowa pod względem ikonograficznym!
           
leop1 30.jpg15-lecie - księga pamiątkowa.
   
Żeby było ciekawiej, początkowo egzemplarz ten, jako niedobity, odłożyłem na bok i kupiłem kilka innych trzykrajcarówek, w znakomitych stanach. Zadowolony z siebie wsiadłem do samochodu i wyruszyłem w drogę do domu. Jednak coś nie dawało mi spokoju i w połowie drogi zawróciłem. Pobiegłem z powrotem na rynek i ku wielkiemu zdziwieniu sprzedawcy zapłaciłem żądane przez niego sto kilkadziesiąt złotych bez targowania się. Wieczorem, już po skonsultowaniu katalogu śląskich trzykrajarówek, przy lampce wina z satysfakcją skonstatowałem, że instynkt mnie nie zawiódł...

PS. ...oczywiście w księdze zamieszczę też dokładne opisy monet...
« Ostatnia zmiana: 04 Kwiecień 2022, 10:52:16 wysłana przez zenonmoj »

harpsycho

  • Rada Oficerów TPZN
  • Gaduła
  • *
  • Wiadomości: 1 413
Odp: 15-lecie - księga pamiątkowa.
« Odpowiedź #17 dnia: 04 Kwiecień 2022, 08:21:12 »
UWAGA - TERAZ TROCHĘ SIĘ ROZGADAM!

Skoro lubicie historie sensacyjno-kryminalne, to na początek małe wspomnienie off topic. Numizmatyką zainteresowałem się mniej więcej w 8 roku życia - a więc na początku lat 70-tych XX. wieku.  Najpierw zbierałem okolicznościowe 10-złotówki PRL i byłem dumny, że posiadałem ich komplet (oprócz małej Kolumny, o której istnieniu wówczas nie wiedziałem). Miałem nawet na te dziesiątki specjalne pudełko po czekoladkach z wkładką kartonową z wyciętymi otworami na monety 😃
I kiedyś odwiedził mnie pewien kumpel, "drugoroczny" - jak się wtedy mówiło (tzn. powtarzający klasę, czyli o rok starszy), żeby się pobawić. I po tej wizycie w pudełku zachowała się raptem jedna moneta... Byłem oczywiście zdruzgotany. Nastąpiło intensywne śledztwo rodzicielskie. Kumpel do niczego się nie przyznał, ale za jakiś moment przyszedł z matką, aby zapytać, czy to aby nie moje monety "znalazł przypadkiem" zakopane w piaskownicy... Odzyskałem wszystkie dziesiątki z wyjątkiem Świerczewskiego, którego najwyraźniej piaskownica pochłonęła. Tak wyglądał mój pierwszy w życiu kontakt z "monetami z wykopek" 🤣🤣🤣

To wprowadzenie nie ma nic wspólnego z monetami, które chcę opisać, ale daje obraz czasów, które ukształtowały moją psychikę. Wtedy (przynajmniej u mnie na prowincji) nie było tak jak dziś, że jak masz kasę, to kupisz praktycznie każdą monetę. Zbieraliśmy PRL, jakieś kopiejki Związku Radzieckiego i inne obiegówki krajów ościennych. Jak się trafiły stare hitlerowskie fenigówki, byliśmy przeszczęśliwi. Jak ktoś miał coś z Polski przedwojennej, nie daj Boże srebro, to już był gość! A jak ktoś miał jakieś tam ruble Mikołaja, albo choćby półmarkowe/markowe cesarskie sreberka, to był on gość do n-tej potęgi 😂 Pamiętam moją ogromną radość, kiedy wyhandlowałem od kogoś zwykłą 10-złotówkę z Polonią. Uważałem ją za uzupełnienie mojej kolekcji dziesiątek - ale skąd ona się wzięła, taka inna, duża i srebrna? Nad tym się aż tak bardzo nie zastanawiałem... Oczywiście w takich warunkach nikt nawet nie marzył o czymś takim, jak np. Polska królewska. Tym niemniej kiedyś wpadł mi jednak w ręce najzwyklejszy popularny ort Zygmunta III z mennicy bydgoskiej. To znaczy - że "z mennicy bydgoskiej" i że "popularny" - to wiem TERAZ.  Wtedy nie wiedziałem nawet, że to ort... Dobrze, że byłem w stanie odcyfrować imię króla i datę. Zatrzymałem ten okaz, ale brak jakichkolwiek odniesień sprawił, że - o dziwo - ani nie byłem z tej monety szczególnie dumny, ani też do niej jakoś bardzo przywiązany...

Niektóre monety, zupełnie nieosiągalne podówczas dla mnie, jako dziecka, wryły mi się głęboko w pamięć w charakterze "skarbu". Teraz minęło 50 lat i nadal jestem bardzo szczęśliwy, kiedy te dziecięce marzenia (z pewnym opóźnieniem...) realizuję 🙂 Taki proces myślowy dotyczy naturalnie przede wszystkim monet PRL, ale nie tylko. Niedawno np. kupiłem sobie srebrną półdolarówkę z Kennedym, rocznik 1964, która jest jedyną monetą USA w moim zbiorze - właśnie dlatego, że jako dziecko z zazdrością oglądałem takie monety u kolegi...
I właśnie kiedyś, oglądając jakiś spektakl Teatru Telewizji, natknąłem się na scenę, która utkwiła mi bardzo silnie w pamięci. W scenie tej pewien numizmatyk usilnie namawiał kolegę, aby ten mu odstąpił "dwuzłotówkę Stanisława Augusta", którą najwyraźniej uważał za bardzo cenny okaz. Wątek tej monety pojawił się jeszcze kilkakrotnie w spektaklu, z którego poza tym kompletnie nic nie zapamiętałem. Ale "dwuzłotówkę Stanisława Augusta" zakwalifikowałem w mojej wyobraźni do rangi pożądanego "skarbu". Nie wiedziałem wówczas o tej monecie kompletnie nic, nawet jak wygląda. Tym niemniej pozostała mi ona w pamięci.
Wielu z Was zna mnie 15 lat, a nawet dłużej i wie, że w zakresie moich zainteresowań zawsze było tylko PRL i II RP - uzupełnione o średniowiecze okresu groszowego (tak mniej więcej do grosza głogowskiego Zygmunta Starego...) Monet SAP nie zbierałem nigdy i mam o nich prawdę mówiąc bardzo blade pojęcie. Tym niemniej jakieś pół roku temu przeglądając ofertę monet polskich na eBayu natrafiłem na takie oto cudo. Dwuzłotówka Stanisława Augusta z roku pańskiego 1767!
I to raczej w bardzo dobrym stanie. Odżyły wspomnienia i zacząłem licytować - z początku po to, żeby tak ładna moneta "nie poszła za tanio" 🙂 Efekt był jednak taki, że pobiłem 59 innych ofert i kupiłem daną monetę za sumę z rzędu tych, których w danym momencie nie zwykłem jeszcze byłem na monety wydawać (teraz to już wygląda trochę inaczej... 🤣). Tym niemniej nie żałowałem, bo jak na moje skromne rozeznanie cena i tak wydawała się korzystna. Monetka przyszła. W tym momencie wiedziałem wprawdzie już, jak "dwuzłotówka Stanisława Augusta" ma wyglądać, ale w ręku trzymałem taką po raz pierwszy w życiu. Następuje pewne rozczarowanie. "Jakieś dziwne to srebro..." Nie byłem jeszcze świadom faktu, że dosyć słabe srebro SAP odbiera się "w dotyku" zupełnie inaczej, niż np. srebro przedwojenne, czy PRL... 🤣 Dylemat - a może to pruska podróba Fryderyka? Monetka trzyma wprawdzie idealną wagę i rozmiar; rant także nienajgorszy, ale przecież z Fryderykiem nigdy nic nie wiadomo... Co robić? Sprzedawca jest rzetelny i może przyjąć monetę z powrotem. Ale czy na pewno chcę ją oddać? W końcu i pruskie naśladownictwa to też ciekawe i cenne numizmaty... Udałem się zatem po poradę do najznakomitszego chyba tutaj speca od monet SAP - czyli oczywiście do Kol. eleniasza - w zasadzie prawie przeświadczony, że kupiłem pruską podróbę... Ku mojemu zdumieniu i radości Kol. eleniasz wyprowadził mnie z błędu i potwierdził, że jest to oryginalna dwuzłotówka SAP z mennicy w Warszawie, odmiana Parchimowicz/Brzeziński 24.b4. Nie dysponuję tym katalogiem, ale chyba można zaufać opinii tak znakomitego specjalisty. Monetka waży 9,22 g przy średnicy 29 mm i ma rant skośnie karbowany.
Wtedy pomyślałem "to i nawet lepiej, że jest autentyczna" 😁😁😁

Co nastąpiło potem? Jeśli myślicie, że rzuciłem się do kompletowania monet SAP, to muszę Was rozczarować. W ogóle nie zamierzam rozszerzać tego typu kolekcji. Nastąpiło to, co opisałem w końcu grudnia ub. roku na wątku "Zimowy sezon łowiecki" - zanim jeszcze zorientowałem się, że jest to wątek działu "Starożytny Rzym" (na szczęście tolerancyjni Koledzy nie czynili mi tu żadnych wstrętów 🙂). Wypowiedź dotyczy właśnie prezentowanych tu dwóch monet, więc pozwolę sobie zacytować samego siebie:

No to jeśli chodzi o aktualny sezon łowiecki, to ja, proszę Państwa, właśnie skojarzyłem na nowo od dawna rozłączoną, znaną parę kochanków... 🙂
Ona - już trochę bardziej nadszarpnięta zębem czasu (od zawsze była nieco starsza, poza tym kobiety starzeją się intensywniej 😜) - ale wciąż zachowała wiele dziewczęcego wdzięku: tu kokardka, tam diademik... mmm, palce lizać 😃
On - prawdziwy lowelas, jak na jego renomę przystało - wygląda, jakby wyszedł właśnie z salonu kosmetycznego! Podejrzewam zresztą, że strzyże się u Roberta... Niesamowita forma! A widywaliśmy go li to często - sami przyznajcie - w stanach o wiele bardziej opłakanych... A jednak doszedł do siebie. I to naprawdę on - żaden tam pruski sobowtór 😀
W każdym razie cieszę się, że są znowu razem - tzn. w mojej skrzyneczce z monetami 😃😃😃

I właśnie tak to się odbyło. Żeby mój Stasio nie czuł się tak samotnie między średniowieczem i PRLem, dokupiłem mu rubla Katarzyny Wielkiej, rocznik 1766 СПБ АШ. Bardzo standardowa odmiana, Bitkin 197 - moneta popularna, stan przeciętny, wręcz słaby. A jednak właśnie w tym stanie monetka ma pewien niepowtarzalny urok, powiedziałbym "duszę". Bierzesz ją do ręki i dosłownie czujesz energię tych tysięcy ludzi, którzy prawie 300 lat temu tym rublem obracali... Monetka waży 23,02 g przy 39 mm średnicy i ma rant skośnie karbowany. Lepsze srebro niż u Stasia, bo 750 (dwuzłotówki były bite w 626). I jak pierwszy raz wziąłem tego rubla do ręki, poczułem jak odpowiadają mi monety tego formatu. Jak to mówił R. L. Stevenson "Talary" 🤣🤣🤣

Nastąpił pewien przełom w moim myśleniu o własnej kolekcji. Nie rezygnuję bynajmniej z konieczności np. uzupełnienia zbioru II RP o -  powiedzmy - grosza 1934, którego mi jeszcze akurat brakuje. Ale równocześnie zwracam uwagę na monety, których dotąd nie zauważałem i reaguję spontanicznie. Piękno monet XVIII-wiecznych, odkryte dzięki dwóm prezentowanym tu egzemplarzom, urzekło mnie totalnie. I w tym przypadku nie oznacza to, że będę starał się np. zgromadzić wszystkie roczniki rubli Katarzyny. Mój jeden egzemplarz mi wystarczy! Za to pojawił się rubel Elżbiety, rubel Anny (teraz są to wraz z Katarzyną moje "trzy Gracje 😂), talar Fryderyka II, potem Fryderyka Wilhelma II itd. Kolekcja wyrobów w formacie talar/rubel/ecu urosła w ciągu 4 miesięcy do ośmiu sztuk. Właśnie wylicytowałem 5 franków Ludwika XVIII, które są monetą w podobnym formacie - a jeszcze wczoraj w ogóle by mi nie przyszło do głowy, że taką monetę kupię... Przeżyłem zatem pewien przełom w myśleniu o kolekcjonowaniu monet. Dotychczas przez 50 lat zbierałem według pewnego klucza, którym był katalog danego okresu bądź obszaru. W założeniu kolekcja musiała być zgodnie z tym kluczem kompletna - a i tak nigdy nie była... Teraz odkryłem alternatywną możliwość: szukam monet, które mnie inspirują ze względu na estetykę, format - albo takich, które widzę na fotografii i czuję, że mają "duszę". Zdarza się, że są to monety nieznanych dotąd hrabstw i księstw, albo władców, o których nigdy dotąd nie słyszałem. Nie odczuwam też po raz pierwszy w życiu potrzeby nadania tego typu kolekcjonerstwu jakiejkolwiek systematyki. Ot, po prostu każdy nabyty obiekt jest wartością samą w sobie, wymaga osobnej analizy, a nade wszystko przynosi fizyczną i psychiczną radość 🙂🙂🙂

Ten swoisty przełom myślenia o kolekcjonerstwie nastąpił stosunkowo niedawno, ale stanowi dla mnie prawdziwą rewolucję. Zawdzięczam to właśnie dwóm monetom, które aktualnie prezentuję. Starej, wypróbowanej parze kochanków... 🤣🤣🤣

Pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie!
JAK KIJEM, TO W MROWISKO!!!!

harpsycho - TPZN 001 - Prezes TPZN w stanie spoczynku

DagonX

  • Rada Oficerów TPZN
  • Stały bywalec
  • *
  • Wiadomości: 321
Odp: 15-lecie - księga pamiątkowa.
« Odpowiedź #18 dnia: 06 Kwiecień 2022, 20:37:09 »
Moja przygoda ze zbieraniem monet tak na poważnie zaczęła się dopiero pod koniec liceum-na początku studiów. Wcześniej zwyczajnie nie było mnie stać na zakup jakichkolwiek monet, a i ich dostępność była w zasadzie ograniczona do giełd i aukcji organizowanych przez domy aukcyjne. Internet był jeszcze wtedy pewnym dobrem luksusowym, portale aukcyjne dopiero były na początku swego rozwoju, nie wspominając już o jakichkolwiek płatnościach internetowych. Kiedy jednak zacząłem mieć choć trochę własnych pieniędzy, mogłem chociaż pozwolić sobie na okazjonalne zakupy i powolne budowanie kolekcji, która wówczas miała raczej formę absolutnego misz-maszu, kupowałem bowiem wszystkiego po trochu szukając własnej drogi i tego "konika".

W każdym razie w listopadzie 2008 r. wybrałem się razem z moją ówczesną dziewczyną oraz przyszłymi-niedoszłymi teściami na XII Giełdę Rzeczy Dawnych i Osobliwości w Łodzi, która odbywała się wtedy jeszcze na płycie starej Hali Sportowej. Każde z nas z nieco innym celem, ja polowałem na monety, ona na stare książki ezoteryczne, oni na mniejsze bibeloty oraz stare elementy wyposażenia wnętrz. Początkowo wprawdzie wędrowaliśmy między stanowiskami razem, ale grupa szybko się rozbiła i każdy zatrzymał się przy innych sprzedawcach i ruszył w inne alejki.

W którymś momencie zatrzymałem się na dłużej przy jednym ze sprzedawców monet, który oferował swój towar nie tylko z pięknie wypełnionych po brzegi klaserów, ale także z różnego rozmiaru pudełek i pojemników. Oczywiście najlepsze i najdroższe sztuki znajdowały się w klaserach, a w tych pudłach były całe góry zniszczonego, zaśniedziałego, pokrytego rdzą i nalotem numizmatycznego złomu. Od zawsze lubiłem grzebać w takich śmieciach, więc z zapałem zacząłem przerzucać kolejne garści monet, ku widocznemu rozbawieniu samego sprzedawcy, który zapewne milion razy sam je przegrzebał w poszukiwaniu czegoś wyjątkowego, zanim wyłożył je dla tłumu kupujących. Trochę jednak mina mu zrzedła, gdy nagle pokazałem mu monetę, która ewidentnie nie była starą fenigówką z DDR lub zniszczoną PRL-owską złotówką. Pytałem bowiem o cenę monety, która ewidentnie była numizmatem starożytnym - tyle sam mogłem wówczas powiedzieć, bo moja wiedza w tym temacie była mniejsza niż znikoma. Wskazywał na to widoczny portret władcy oraz intrygujące mnie litery "SC" we wieńcu na rewersie. Moneta była wprawdzie mocno wytarta, ale i tak chciałem ją mieć.

Sprzedawca popatrzył, szybko podumał i rzucił zaporową cenę: 50 zł! Pamiętam, że zrobiłem oczy jak pięć złotych, bo stanowiło to połowę kwoty jaką miałem przy sobie i nie było takiej opcji żebym wydał to na jedną monetę. Szybko więc zaczęła się zażarta dyskusja i targowanie. Raz za razem przerzucaliśmy się argumentami, kwotami i teatralnymi gestami w postaci mojego niby odchodzenia od stanowiska i jego przewracaniem oczami i machaniem ramionami, że "nie no za tyle to nie". Walka trwała prawie godzinę, momentami już miałem wrażenie, że ludzie naokoło specjalnie się zatrzymują, by poobserwować nasze słowne zapasy i pokibicować jednej lub drugiej stronie. W trakcie targowania natomiast ja dodatkowo wypatrzyłem jeszcze w tych pudłach dwie inne monety, które jako-tako mnie zainteresowały i one też niejako weszły do puli o jaką toczyła się cała gra.

Ostatecznie, po zażartych i pełnych dramaturgii negocjacjach zakończyłem walkę na tym, że kupiłem za te 50 złotych łącznie trzy monety: 10 fenigów KP z 1917 r., kopiejką Pawła I z 1797 r. oraz tą wypatrzoną na samym początku starożytną monetą. Zmęczony, ale szczęśliwy mogłem w końcu oddalić się od stanowiska. I w tym momencie zauważyłem, że gdzieś tam obok mnie stał mój przyszły-niedoszły teść z miną wskazującą na mieszaninę podziwu i zaskoczenia. Okazało się, że był tam od dłuższego czasu i nie znając mnie od tej strony podglądał moje targi i aż uzyskałem od niego słowa pełne uznania. A wiedzieć trzeba, że był to mechanik z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem, który zęby zjadł na targach z klientami i dostawcami części.

I tak oto do mojej kolekcji trafiła pierwsza starożytna moneta, która po drobnym przemyciu i poszukiwaniu w katalogach okazała się 1/2 ASa, który został wybity za panowania cesarza Oktawiana Augusta w Antiochii. Monety wprawdzie już od lat nie posiadam, cieszy oko jakiegoś innego kolekcjonera, ale pozostały miłe wspomnienia i dwa prezentowane poniżej zdjęcia.

Awers: głowa Oktawiana Augusta w wieńcu laurowym, napis "AVGVS TR POT" w otoku
Rewers: litery "SC" wewnątrz wieńca laurowego
Literatura: RIC I (2nd edition) 530
Średnica: 21-26 mm
Waga: 8,41 g
« Ostatnia zmiana: 06 Kwiecień 2022, 21:04:24 wysłana przez DagonX »
Rada Oficerów 2015/16, 2019/20-2022/23

https://zastepczy.wordpress.com/

Aurelius

  • Członkowie TPZN
  • Stały bywalec
  • *
  • Wiadomości: 685
Odp: 15-lecie - księga pamiątkowa.
« Odpowiedź #19 dnia: 19 Kwiecień 2022, 16:38:28 »
WILCZYCA (900-LECIE RZYMU)
W wielkim uproszczeniu monety dzielą się na obiegowe i kolekcjonerskie. Okazuje się, że również w starożytnym Rzymie wybijano monety, które miały za zadanie upamiętnić pewne szczególne wydarzenia jak wspaniałe zwycięstwo nad wrogiem lub realizację monumentalnej budowli. Takim wydarzeniem było również 900-lecie Rzymu. Według tradycji, przekazanej nam przez Liwiusza, Rzym założył Romulus 21 kwietnia 753 p.n.e. zostając
 jego pierwszym królem. Od tej daty liczona była historia miasta, a zatem według Rzymian wspaniała rocznica przypadała na rok 147 n. e. w okresie panowania Antoninusa Piusa. Obchodom towarzyszyły wspaniałe igrzyska, w trakcie których nie zabrakło walk gladiatorów oraz zabijania dzikich zwierząt. Wybito również całą serię pamiątkowych monet. Oczywiście nie zabrakło również Romulusa i Remusa oraz karmiącej ich wilczycy…
Sesterc wybity między 140 a 144 r. w Rzymie.
Na awersie: ANTONINVS AVG(ustus) PIVS P(ater) P(atriae), głowa cesarza w wieńcu z liści laurowych. Na rewersie: wilczyca karmiąca Romulusa i Remusa, nad tą sceną: TR(ibuncia) POT(estate) CO(n)S(ul) III, poniżej S(enatus) C(onsulto).
Lit.: BMCRE IV 1240; RIC III 603 (wariant). Średnica ok. 34 mm, waga: 29 g.

Neko

  • Członkowie TPZN
  • Stały bywalec
  • *
  • Wiadomości: 354
    • PTN Łódź
  • Legitymacja: 072
  • Stowarzyszenie: PTN o/Łódź
Odp: 15-lecie - księga pamiątkowa.
« Odpowiedź #20 dnia: 03 Maj 2022, 19:33:39 »
Moja historia nie odbiega zapewne od większości początków przygody z numizmatyką. W zasadzie nie był to początek ale bardzo istotny etap okresu początkowego w mojej przygodzie z numizmatyką. Był to okres szkoły podstawowej, dokładnie pierwsze klasy. Przeszedłem standardowa drogę zainteresowań tzn. filatelistyka cały świat, następnie Polska aż w końcu monety. Znów na początek cały świat ale dość szybko skierowałem swoja uwagę na polskie monety. Po monetach PRL które starałem się wychwytywać z obiegu i angażować w to całą rodzinę zainteresowałem się okresem międzywojennym. Tu już nie było tak łatwo bo ceny na bazarach tego okresu były poza moim zasięgiem ale zawsze jakieś drobne pozycje udało mi się złapać. Koledzy również widząc o moich zainteresowaniach w ramach handlu wymiennego znosili mi swoje propozycje „wielkiego handlu”. W jednej z takich ofert oprócz monet PRL dostałem jako gratis „blaszkę”, jak to określił mój kolega. Ja w ramach wymiany oddałem kilka rysoraków i historyjki od gum balonowych. Jako „wytrawny numizmatyk” od razu dostrzegłem że jest to coś ciekawego z Polski, choć kompletnie nie wiedziałem co.

Tu nastąpił przełom w moich zainteresowaniach bo zaraz pobiegłem do ówczesnego sklepu filatelistyczno-numizmatycznego i kupiłem swój pierwszy katalog Polski Królewskiej tj, Katalog monet polskich 1764-1864, Kamińskiego i Kopickiego. Z tego katalogu dowiedziałem się że są to 2 gr a poprawianie półzłotówka koronna Stanisława Augusta Poniatowskiego z 1766. Nie miało żadnego znaczenia że stan tego egzemplarza był bardzo słaby. To był początek prawdziwej przygody, kolejnych katalogów i książek. Już nie tylko same monety ale okres czy wręcz wydarzenia z nimi związane wciągały mnie w historię i stan ten utrzymuje się po dziś dzień. Ten wyświechtany egzemplarz z 1766 roku jest do dziś dla mnie bardzo cenny.

Luca Romano

  • Członkowie TPZN
  • Stały bywalec
  • *
  • Wiadomości: 152
  • Per aspera ad magnam collectionem
    • The LVCA ROMANO Collection
  • Legitymacja: 135
  • Zainteresowania: Mennictwo antyczne ze szczególnym akcentem na Złoty Wiek Cesarstwa Rzymskiego
Odp: 15-lecie - księga pamiątkowa.
« Odpowiedź #21 dnia: 08 Maj 2022, 23:56:56 »
Na wstępie proszę pozwolić, że wyrażę swoją nieopisaną radość, powodowaną przyjęciem w szeregi Towarzystwa Przeciwników Złomu Numizmatycznego im. Tadeusza Kałkowskiego w jego pierwszych 15 latach działalności (zamierzona żartobliwość sformułowania wynika z faktu, iż stało się to stosunkowo niedawno, jednakowoż "w czasie"). Wszystkim jego członkom i forumowiczom bez teki (legitymacji) życzę zdrowego ciała i ducha, pokoju w sercu i na świecie i wreszcie kolejnych wspaniałych jubileuszy w coraz szerszym gronie i ze wspomnieniem wielu wartościowych dyskusji numizmatycznych.

Początek mojej przygody z numizmatyką określiłbym mianem spóźnionego. By nie zostać posądzonym o próbę zawłaszczenia całej powierzchni jubileuszowej księgi jedynie swoją historią, skrócę ją do niezbędnego minimum. Historia pasjonowała mnie od zawsze. Pierwszy kontakt z terminem “numizmatyka” (po wcześniejszych niechlubnych kontaktach ze złomem numizmatycznym) to czasy szkolne i wyryte do dziś w pamięci powiedzenie “Dobry żart tymfa wart”. Byłem wówczas zafascynowany polityczno-ekonomicznymi kulisami bicia pierwszej polskiej złotówki. Kto by pomyślał, że wiele lat później, sam sprawię sobie, całkiem przyzwoity jak na tę emisję, egzemplarz. To jednak zamiłowanie do antyku, a w szczególności prawdziwa miłość do Starożytnego Rzymu i okresu tzw. Złotego Wieku wraz z jego dziedzictwem prawnym, kulturowym czy militarnym, przetrwały próbę czasu, ekspandując o całkowite pochłonięcie przez numizmatykę.

Także i w moim przypadku maksyma „Omnes Viae Romam ducunt” znalazła swoje potwierdzenie, gdyż przez lata peregrynowałem wzdłuż numizmatycznego limesu, poszerzając swoją wiedzę historyczną, zdobywając doświadczenie związane z tematem szlachetnych kruszców a następnie nieco bardziej współczesnego mennictwa. I tak oto, im starszych okresów dotykałem, tym bardziej rozpalały mnie wszelkie wątki związane z numizmatyką. Czymś niepojętym była dla mnie możliwość posiadania kilkusetletniej monety, czyli de facto prywatnego muzeum z możliwością nieskrępowanego obcowania z walorami. Dość szybko zauważyłem jednak, że interesujące mnie możliwie najstarsze krążki nie są już tak łatwo osiągalne a docierające do mnie wybrane wyniki licytacji najcenniejszych okazów (choć nie jest to zasadą, bo mamy wiele drogich a stosunkowo młodych monet) systematycznie pozbawiły mnie złudzeń.

Myślę, że czytelnik, jeśli takowego przy swoim wpisie udało mi się zatrzymać, domyśla się już puenty, toteż odpuszczę mu już i daruję sobie dalszą kąpiel w tej retardacji. Tak! Przez te wszystkie lata, bazując na niepełnym obrazie rynku numizmatycznego i zapierających dech w piersiach wynikach aukcyjnych wybranych, młodszych pozycji, nie przeszło mi przez myśl, że starsze o kolejne milenium (i więcej) monety antyczne mogą znajdować się w moim zasięgu finansowym (przez tę wieloletnią zwłokę, faktycznie część numizmatów zaczęła poza ów zasięg wypadać, jednak nie jest to prawidłowość). Oczywiście, w międzyczasie trafiałem na aukcje ze wspaniale zachowanymi sestercami czy aureusami, których ceny jedynie utwierdzały mnie w błędnym przekonaniu. Kiedy za stosunkowo śmieszne pieniądze (z szacunkiem dla każdej zarobionej złotówki) kupiłem swoje pierwsze brązy dynastii konstantyńskiej (co jest już z kolei bardzo typowym początkiem) mój świat stanął na głowie. Kolejne kroki są już kolegom numizmatykom i kolekcjonerom doskonale znane. Po pierwszych chaotycznych zakupach udało mi się ostatecznie ochłonąć i dziś niemal każdego dnia staram się poszerzać swoją wiedzę historyczną i numizmatyczną, przeglądając nocami kolejne oferty interesujących mnie walorów.

Choć niemal każdą monetę ze swojego zbioru darzę niemałym sentymentem i do zaszczytnego miejsca w pamiątkowej księdze mógłbym nominować zarówno wspomnianego tymfa jak i przełomowe, historyczne dla mojej kolekcji follisy (nazwa umowna), to wybór padł na zdjęcie mojego pierwszego denara ulubionego cesarza - Trajana. Wybity w Rzymie w latach 107-114, już po obu kampaniach przeciw Dakom, zawiera w legendzie awersu, wokół standardowego popiersia władcy w wieńcu laurowym, tytuły Germanico i Dacico (obok tytułów Imperatora, Augusta, Najwyższego Kapłana i sprawującego władzę trybuńską) a całość tytulatury ujęta jest w dedykacyjnym Dativie. Na rewersie, prócz personifikacji równości - Aequitas, z wagą szalkową i rogiem obfitości, w legendzie odnajdziemy dalszą część dedykacji dla Konsulowi po raz piąty, Ojcu Ojczyzny, Najlepszemu Princepsowi - Senat i Lud Rzymski. Unikatowy tytuł Optimus Princeps dobitnie świadczy o ogromnym uznaniu jakie Trajan zdobył jeszcze za życia wśród samych Rzymian. Właściwie każdy ze wspomnianych tytułów, jak i sama postać Cesarza, domagają się dodatkowych, obszernych akapitów, ale proszę pozwolić, że dalsze, ewentualne, zgłębienie tematyki pozostawię gestii zaintersowanych. PS Choć sam krążek mógłby być w nieco lepszym stanie to, w załączonym denarze, obok historii za nim stojącej, urzekają mnie detale obu jej stron oraz patyna. Moneta waży równe 3 gramy przy średnicy 18,6mm a typ ten znajdziemy w słynnym dziele Roman Imperial Coinage II pod numerem 118.
« Ostatnia zmiana: 09 Maj 2022, 00:35:05 wysłana przez Luca Romano »
Kłaniam się. Gorąco zachęcam do odwiedzenia mojego profilu na instagramie https://www.instagram.com/lvcaromano_numismatics/

 

R E K L A M A
aukcja monet